Jak to było z tym Wedlem?

Trzy pokolenia Wedlów zbudowały jedną z najpotężniejszych polskich firm w historii. Dwóch komunistycznych aparatczyków bezpowrotnie usunęło Jana Wedla z rodzinnej fabryki. To opowieść o rodzeniu się i umieraniu wielkiej polskiej fortuny

Nie jest jasne, czy był to król Afganistanu czy Albanii. Nie wiadomo nawet, czy ta historia jest prawdziwa. Ale powtarzana od pokoleń anegdota o egzotycznym władcy, który podróżując ulicami Warszawy, tak często trafiał na billboardy z napisem „E. Wedel”, aż uznał, że musi to być typowe polskie powitanie, najlepiej oddaje, jaką firmą był przedwojenny Wedel.

W szczycie formy ta budowana przez trzy pokolenia przedsiębiorców spółka zatrudniała ponad 1300 osób. W 1938 roku wynalazca ptasiego mleczka wypracował, zawrotne jak na tamte czasy, 1,8 mln złotych czystego zysku. Pod koniec dwudziestolecia międzywojennego warszawski producent czekolad, karmelków, pierników czy cukierków trafiał ze swoimi wyrobami na paryskie salony i miał obiecujące widoki na ekspansję międzynarodową.

Nic dziwnego, że Jan Wedel, ostatni z przedwojennych właścicieli firmy, otoczony był w Polsce niemal kultem. Nie dziwi także to, że spadek z piedestału, na który nie miał wpływu, był dla całej wedlowskiej rodziny tak bolesny.

Naturalnym krokiem dla Wedla była globalna ekspansja. Przedsiębiorca chciał zwiększyć rozpoznawalność marki wśród zagranicznych elit, aby z czasem zachowania najbogatszych zaczęły kopiować masy – dlatego jego czekoladki były serwowane gościom paryskiej Grand Opéry. Wedlowskie wyroby trafiły też za ocean. Wraz z obrabiarkami Cegielskiego, wódkami Baczewskiego czy jedwabiami z Milanówka pojawiły się w polskim pawilonie na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w 1939 roku. Jednak ambitne plany przemysłowca pokrzyżowała wojna.

Aby uchronić biznes przed spustoszeniem, Wedel zgodził się pracować dla okupanta. Przez cztery lata jego zakład produkował głównie czekoladę dla niemieckich żołnierzy. Jednocześnie Wedel angażował się w działalność konspiracyjną – objął patronatem Szpital Ujazdowski (ratujący żołnierzy z kampanii wrześniowej), pomagał w fabryce zarobkować literatom i artystom, przygotowywał paczki dla Polaków przetrzymywanych w więzieniach i obozach. Jasno podkreślił swoją polskość, odmawiając podpisania Reichlisty. Po kapitulacji Powstania Warszawskiego został aresztowany i odesłany do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Praska fabryka Wedla uniknęła bombardowania, ale nie ominęła jej wojenna trauma. Szczególnie ucierpiała podczas odwrotu wojsk niemieckich. Uciekający z miasta hitlerowcy zniszczyli jedno ze skrzydeł potężnego gmachu. Wysadzili piekarnię i dział wyrobu czekoladek. Zakład został także splądrowany – najpierw przez Niemców, a potem przez ścigających ich Sowietów.

Właściciel firmy zamierzał przywrócić jej świetność, ale jego zamiary pokrzyżowali komuniści. Producent słodyczy był jednym z pierwszych przedsiębiorstw poddanych nacjonalizacji. Wedel został wyrzucony z firmy przez dwóch aparatczyków, a następnie pozbawiony praktycznie całego majątku – nie tylko firmy, ale też kilku kamienic i willi w Konstancinie. Do końca życia mieszkał w lokalu przy Szpitalnej, który przydzieliły mu władze. Zmarł w 1960 roku, bez potomków i w niełasce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *